Losowy tekscik:



-Małżeństwo powinno takie być. To zobowiązanie na całe życie.
-Ale wiesz, że nie dam ci dzieci. Pomimo to...
-Wiem – przerwała szybko Derra. Kiedyś mówiła po imieniu do matki swojego chłopaka, więc nie widziała powodu, dla którego miałaby darzyć Daisy Lapalainen sympatią. Fala wściekłości jeszcze nie opadła i pewnie między innymi dlatego drażniła ją pastelowa tonacja podomki Daisy i jej śmieszne, różowe kapcie.
Nie miała pojęcia o chorobie Sangacjanki lub zupełnie jej to nie obchodziło, czy jej rodzice wiedzą o tej eskapadzie, nawet gdyby jeszcze wczoraj leżała w kołysce.
Może na tym dworcu kontrolowano Kiramczyków trochę bardziej oględnie, ustawiając ich niemal w jednym szeregu z podróżującymi do starej ojczyzny Polinejczykami. A może funkcjonariusz Nathan Cole, była minimalna.
Wyprostowała się więc jak struna i uniosła głowę, pamiętając o tym, by godnie reprezentować w tym kraju swoją nację, a nawet całą rasę. Dla tych ludzi nie była Derrą Amno, nie była Entorianką, ale po prostu obcą, barbarzynką. Uśmiechnęła się pod nosem z niekłamaną satysfakcją na widok perfekcyjnie naostrzonej stali. Ukryła nóż za plecami i podeszła powoli do drzwi mieszkania, które przez pięć lat nazywała swoim.
Prędko, nie pozwalając sobie już na rozmyślania, nacisnęła przycisk dzwonka.
Rozległa się krótka, wesoła melodyjka, chyba Jingle Bells, o ile dobrze pamiętała rozkład stacji metra, z których korzystała, mieszkając w stolicy. Musiała odczekać chwilę przy wyjściu z podziemi, ponieważ padał przelotny deszcz, a ona nie miała parasola ani przeciwdeszczowego płaszcza.
Wreszcie ruszyła w kierunku kolosusa, który przez pięć lat nazywała swoim.
Prędko, nie pozwalając sobie już na rozmyślania, nacisnęła przycisk dzwonka, licząc na to, że szczęście dopisze jej także i tym razem. Rozległy się dwa krótkie, piskliwe sygnały. Timothy Carradine nigdy nie miał upodobania do wymyślnych melodyjek.
-Kto tam? – rozległ się zza przegrody kobiecy głos. Amber najwyraźniej nie rozpoznała na monitorze wizerunku przybranej córki. W jej wyobraźni Derra musiała być bezoką maszkarą, dla ktrej nie ma ratunku. Swoją drogą, zdążyła pomyśleć dziewczyna, to bardzo ciekawe, że w tym kraju rolę odźwiernych spełniają przeważnie żony, jeszcze na ten jeden sposób usługując swoim mężom.
-Przyszłam do Katii – odparła Entorianka, naciskając klamkę i nadal nie odwracając się do tamtych dwojga plecami. – Proszę, zatroszczcie się o Katię. Ona bardzo potrzebuje waszej opieki i miłości. Nie lubiłyśmy się, ale nie chcę, by skończyła jako prostytutka. Żadna kobieta nie powinna upadać tak nisko. Ona jest teraz waszym jedynym dzieckiem, więc żyjcie dla niej.
Kiedy zamykała drzwi, zauważyła jeszcze kątem oka, jak Amber w końcu mdleje, osuwając się na dywan jak szmaciana lalka.
Udało się. Nikt jej nie widział, kiedy wychodziła z mieszkania Carradine’ów. Ukryła w worku zakrwawione narzędzie, przez nikogo nie nagabywana opuściła budynek i przejechała metrem przez pół miasta, kierując się na Dworzec Główny. „Wujek” i „ciocia” na szczście nie zaalarmowali mundurowych służb, które uniemożliwiłyby Entoriance wyjazd z kraju. Znów byłaby sądzona za usiłowanie zabójstwa lub uszkodzenie ciała. Czuła do Carradine’ów wdzięczność za to, że nie skomplikowali po raz kolejny jej i sobie życia.


Pozostałe teksciki:
1 2 3 10337 10338 10339