Losowy tekscik:
Kendra uniosła prawą rękę. Zapanowała idealna cisza, którą zakłócało jedynie szczekanie psów i płacz kilkorga małych dzieci.Przywódczyni wypowiedziała donośnym głosem tylko jedno słowo:
-Ruszamy!
Ruszylipamiętała. Przez minutę czy dwie nic się nie działo, a potem usłyszała cichy szmer. Wiedziała, że rozpaczliwie szuka wyjścia z niezwykle trudnego położenia, bo gwałtownie poruszył dłońmi, jakby chciał ją odepchnąć albo uderzyć.
-Nie próbuj żadnych sztuczek, Timothy – odezwała się znów Entorianka, ani na chwilę nie spuszczając czujnego wzroku z mężczyzny – i nawet nie myśl o szukaniu pomocy u sąsiadów. Chyba, że chcesz zostać za parę minut wdową.
Kobieta posłusznie opadła do pozycji siedzącej, ciężko łapiąc oddech. Tkwiła wyprostowana jak struna na samym skraju mebla, wpatrując się bez ustanku w tamtych dwoje. Jej łagodne, sarnie oczy zrobiły się przy tym wielkie i okrągłe jak u małego dziecka, od którego czasami niewiele się różniła.
-Co masz zamiar z nami zrobić? szepnął Timothy, nieśmiało próbując znaleźć się poza zasięgiem noża. Nie udało mu się dokonać nawet tego, bo Derra nacisnęła jeszcze mocniej, prawie dosięgając tętnicy.
-Chcę ci sprawiedliwie zapłacić – odszepnęła żarliwie, pochylając nisko twarz. Ich usta prawie się stykały, jakby Sangacjanin był jej kochankiem. – Oko za oko, ząb za ząb. Tak mówiła starsza ze świętych ksiąg Sangacjan. Lecz była także druga księga, młodsza, w której ich nauczyciel, Jezus Chrystus, nakazywał przebaczać nie siedem, ale aż siedemdziesiąt siedem razy.
Dość już zła, dość bólu, dość nieszczęść i łez. Niech sprawiedliwość zatriumfuje, ale nie w ten sposób. Niech jej dłonie i serce nie splamią się zbrodnią.
-Będziesz miał po mnie pamiątkę, Timothy Carradine – odezwała się pierwsza, rozciągając usta w wyrazie nienawiści i triumfu. – Zresztą, i tak nie zdążyłbyś. Tylko mnie dotknij, a poszerzę ci ten głupi uśmiech.
Nie zadawała sobie już trudu tytułowania go panem bądź, o zgrozo, wujkiem. Nie musiała okazywać szacunku człowiekowi, który okazał się zwykłym bandytą i jej najgorszym wrogiem. Jednakże wpojoe przez szereg bliskich Entoriance osób dobre maniery nakazywały jej zwracać się do Sangacjanina po imieniu, zamiast obrzucać go stekiem obelżywych słów, związanych głównie ze sferą intymnego pożycia.
-Nie wyjechałabyś żywa z tego kraju – wychrypiał. – Nie zdążyłabyś nawet wyjść na ulicę. Jeśli mnie zabijesz, Amber natychmiast zaalarmuje policję i ZSS.
-Tak? – odparła kpiąco. – Sądzisz, że dałabym jej na to dość czasu? Powiedz, Timothy, naprawdę chcesz, żebym musiała zająć się także twoją delikatną żonką?
Blef, znów blef. Mogłaby skrzywdzić Timothy’ego, ale Amber tylko postraszyłaby. Ta kobieta kochała ją kiedyś jak córkę i opiekowała się małą Entorianką równie czule jak własnymi dziećmi. Pomimo to nie pomogła Derze w ucieczce, nie odwiozła jej do granicy Entorii. Za bardzo się bała, a może uważała, że nie powinna wtrącać się do spraw mężczyzn.
Amber nigdy nie chciała jej pomóc. Ta świadomość nagle zabolała Derrę jak przekonanie o zdradzie ze strony kogoś bardzo bliskiego. Sądziła do tej pory, że cała jj nienawiść skupia się wyłącznie na panu Carradine, ale to nie była prawda. Pani Carradine budziła w niej równie negatywne emocje z powodu swojej bierności i wiernopoddańczego zapatrzenia w męża.
Nie cierpiała obojga, tego, który podejmował w tym domu decyzje, i tej, która być może z bólem, ale jednak konsekwentnie wprowadzała je w czyn. Przyjechała w takim wypadku po to, by mścić się na jednym i drugim. Bo wszystko, co Kiramczycy nazywali krótko Chaosem, czyniąc z tego słowa przekleństwo i utożsamiając w pewnym stopniu z zimą, nigdy nie zwycięży budzącej się nanowo każdej wiosny życiodajnej mocy ziemi, sprzęgniętej miłosnym węzłem z ogniem słońca, i nie ugasi płomienia nadziei w ludzkich sercach.
Pozostałe teksciki:
1 2 3 10337 10338 10339