Losowy tekscik:
Nie miała pojęcia o chorobie Sangacjanki lub zupełnie jej to nie obchodziło.
-Nie próbuj żadnych sztuczek, Timothy – odezwała się znów Entorianka, ani na chwilę nie spuszczając czujnego wzroku z mężczyzny – i nawet nie myśl o szukaniu pomocy u sąsiadów. Chyba, że chcesz zostać za parę minut wdową.
Kobieta posłusznie opadła do pozycji siedzącej, ciężko łapiąc oddech. Tkwiła wyprostowana jak struna na samym skraju mebla, wpatrując się bez ustanku w tamtych dwoje. Kilka razy ich ścieżki rozbiegały się w dwie różne strony, by nagle przeciąć się na nowo. Lecz to wszystko, co Kiramczycy nazywali krótko Chaosem, czyniąc z tego słowa przekleństwo i utożsamiając w pewnym stopniu z zimą, nigdy nie zwycięży budzącej się nanowo każdej wiosny życiodajnej mocy ziemi, sprzęgniętej miłosnym węzłem z ogniem słońca, i nie ugasi płomienia nadziei w ludzkich sercach.
Za żadne skarby nie wolno jej o tym zapominać. Kiedy zawiedzie wszystko inne, znajdzie pocieszenie w świętym rytuale, przywracającym pragnienie życia. Obrządku, który będzie odprawiany, dopóki na planecie będzie pozostanie choćby jeden Kiramczyk.
Na nowo zaczynał gościć w niej spokój i ta prosta radość istnienia, która nie potrzebuje potężnych namiętności, wspaniałych, lecz jednocześnie niszczących. Skoro nie wolno jej o tym zapominać. Kiedy zawiedzie wszystko inne, znajdzie pocieszenie w świętym rytuale, przywracającym pragnienie życia. Obrządku, który będzie odprawiany, dopóki na planecie będzie pozostanie choćby jeden Kiramczyk.
Na nowo zaczynał gościć w niej spokój i ta prosta radość istnienia, która nie potrzebuje potężnych namiętności, wspaniałych, lecz jednocześnie niszczących. Skoro nie wolno jej było kochać człowieka, mogła obdarzyć uczuciem kwiaty i ptaki.
Popatrzyła wreszcie na byłego Eliminatora, jakby budząc się ze snu.
-Ściemniałeś – zaczęła z uśmiechem.
-Trudno schować się przed tym waszym słońcem – odparł, przesuwając się kilka centymetrów w stronę dziewczyny. – Na pewno nie chciał cię zranić. Miewa tylko czasami niewyparzony język.
-Nie będę twoją synową. Pewnie bardzo cię to cieszy. Wypuść mnie, proszę, z mieszkania.
Być może była bardzo niesprawiedliwa, wmawiając Daisy tę radość, niewiele jednak ją to teraz obchodziło. Gdyby mogła, zrównałaby z ziemią całe miasto, by odegrać się na reszcie świata za mękę tamtych dwóch niespełnień. Aldorent również nie mógł jej zapłodnić, ale przynajmniej czułość do Kimmo natychmiast gdzieś wyparowała. Nie chciała dłużej hodować pięknych złudzeń, które miały bardzo niewiele wspólnego z rzeczywistości znajdowali się na różnych etapach życia. Tej przepaści nie można było zasypać samymi dobrymi chęciami.
Odezwała się w końcu, nie próbując silić się na grzeczność ani hamować niedobrych emocji:
-Ty rzeczywiście jesteś chory, ale na to nie ma lekarstwa. Jesteś skończonym durniem i brakuje ci odwagi. Nie zapytałeś nawet, co się ze mną działo, kiedy byliśmy rozdzieleni. Miałam ci bardzo dużo do opowiedzenia, ale ciebie chyba nie obchodzą moje sprawy. Skoro tak, to nie będę nalegać. Nigdy nie popełniam po raz drugi tego samego błędu. Udław się swoimi proszkami – wyciągnęła dłoń w kierunku półki – i tym!
Ściągnęła z palca pierścionek i nie potrzebuję kolejnego czeku bez pokrycia. Po prostu dotrzymaj słowa, które mi dajesz.
-Derro, przysięgam na wszystko, w co wierzysz, że cię nie zwodzę. Pragnę być twoim mężem. Gdybym mógł, ożeniłbym się z tobą choćby jutro.
-Poczekajmy te dwa miesiące – zaśmiała się. – Nie ucieknę ci. W takim razie przynajmniej czułość do Kimmo natychmiast gdzieś wyparowała. Nie chciała dłużej hodować pięknych złudzeń, które miały bardzo niewiele. Miała przed sobą tego samego tyczkowatego, chudego do przesady nastolatka z zawadiacko przystrzyżonymi włosami. Nie zdążył wymodelować fryzury żelem, więc jasne kosmyki spadały swobodnie na czoło, czyniąc chłopca jeszcze bardziej słodkim. Wciąż używał szkieł kontaktowych, a przynajmniej tak przypuszczała, że dokuczliwa siostrzyczka Kimmo aż tak bardzo namieszać sobie w głowie? Nie odpowiadaj – wyciągnęła przed siebie rękę, widząc, że chłopak otwiera usta. – Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Już wystarczająco mocno, by – znając jego wady i słabości – bez wahania oddać mu rękę.
Takie rozwiązanie było w obecnej sytuacji najbardziej oczywiste i logiczne, zadowalało obie strony i dawało zarówno Derze, jak i Aldorentowi niezaprzeczalne korzyści. Dzięki temu małżeństwu mógł przestać martwić się o swoją przyszłość. Od jutra, po oficjalnym ogłoszeniu zaręczyn, przestanie być karmionym z łaski przybłędą, stając się w zamian pełnoprawnym członkiem niewielkiej społeczności. Kimś takim jak ojciec Derry, to znaczy przybyszem z odległych stron, włączonym do gromady dzięki związkowi z kobietą z rodu Amno.
Pozostałe teksciki:
1 2 3 10337 10338 10339